- Rusz dupę i siadaj - warknął Raynee. Bylighter zrobił kilka niepewnych kroków i usiadł, jak mu kazano. Zaraz jednak wydał z siebie pełen przerażenia pisk i szarpnął się w bok. Ręka Tęczy wystrzeliła do przodu, sztylet śmignął Piszczykowi tuż koło ucha i utkwił w czole czarnej sylwetki wiszącej na wykładanych korkiem drzwiach. Superczułe detektory umieszczone w ramowatej konstrukcji strzegącej wejścia do gabinetu zareagowały błyskawicznie: światło zmieniło barwę na jaskrawoczerwoną. Bylighter oddał mocz w spodnie. Co prawda zdawał sobie z tego sprawę, ale zupełnie go to nie obchodziło. Twarz mu poszarzała, drżał ze strachu i nie mógł oderwać oczu od dwóch identycznych noży spoczywających na biurku tuż koło prawej ręki Rayneego. .
- Gotujcie się... - najemnik zsunął się z siodła w ramiona żołnierzy. - Gotujcie się, psiamać... Są tuż za mną... Koń zachrapał, tanecznie postąpił bokiem kilka kroków, upadł na zad, ciężko runął na bok, wierzgnął, wyciągnął szyję, zarżał przeciągle. - Rayla... - wycharczał Blaise, odwracając wzrok. Dajcie... Dajcie mi coś. Straciłem miecz... Wojowniczka, patrząc na bijące w niebo dymy pożarów, wskazała ruchem głowy topór oparty o przewrócony wóz. Blaise chwycił broń, zatoczył się. Lewą nogawkę miał przesiąkniętą krwią. - Co z innymi, Blaise?. Odbiorcy ci wiedzą, że zbyt wczesne i hałaśliwe rytmy zaniasl pornagać, drażnią wzbudzając niepotrzebny poranny niepokój.. - Rozumiem cię, bracie! On ci zostaje i jako cię wywiódł z ziemi niewoli, tak ci i wszystko, coś stracił, wrócić może.. Stycznego"; zapewniało ciągłość między wciąż utrzymywaną w tajemnicy likwidacją Ży-. . I energii nakazał sobie spokój i zapanował nad sobą zupełnie. -. Zalecając ostrożność i rozwagę. Tymczasem pod wieczór niebo. - To tutaj - oznajmił agent wskazując na drzwi. Otwierały się na werandę, na którą wchodziło się po trzech schodkach. Poczekam na zewnątrz. Niech pan uważa na schody, chyboczą się.. Piachu szkaradę i wraziła kordzik w wysklepiony grzbiet. Zaatakowała od tyłu, przezornie trzymając się z daleka od kłapiących kleszczy, którymi potwór, jak się okazało, potrafił sięgnąć dość daleko do tyłu. Dźgnęła znowu, a stwór zakopywał się w niesamowitym tempie. Ale nie zakopywał się w piachu, by uciec. Robił to po to, by zaatakować. Na to, by skryć się zupełnie, wystarczyły mu jeszcze dwa podrygi. Ukryty, gwałtownie pchnął falę żwiru, zagrzebując Ciri do połowy ud. Wyrwała się i rzuciła w tył, ale nie było dokąd uciekać - to ciągle był lej w sypkim piasku, każde poruszenie ciągnęło na dno. A piasek na dnie wybrzuszył się sunącą ku niej falą, z fali wyłoniły się szczękające, zakończone ostrymi hakami kleszcze. Uratował ją Konik. Osunąwszy się na dno leja, potężnie uderzył kopytami w wybrzuszenie piachu zdradzające płytko ukrytego potwora. Pod dzikimi kopnięciami odsłonił się szary grzbiet. Jednorożec schylił łeb i przygwoździł straszydło rogiem, celnie, w miejscu, gdzie uzbrojona kleszczami głowa łączyła się z pękatym tułowiem. Widząc, że szczypce przytłoczonego do ziemi monstrum bezsilnie orzą piach, Ciri doskoczyła, z rozmachem wbiła kordzik w podrygujące cielsko. Wyszarpnęła ostrze, uderzyła jeszcze raz. I jeszcze raz. Jednorożec wyrwał róg i z impetem spuścił na beczkowaty korpus przednie kopyta. Tratowane monstrum nie próbowało się już zakopywać. Nie poruszało się w ogóle. Piasek wokół niego zawilgotniał od zielonkawej cieczy. Nie bez trudności wydostali się z leja. Odbiegłszy kilka kroków, Ciri bezwładnie zwaliła się na piasek, dysząc ciężko i dygocząc pod falami atakującej krtań i skronie adrenaliny. Jednorożec obszedł ją dookoła. Stąpał niezgrabnie, z rany na udzie ciekła mu krew, spływając po nodze na pęcinę, znacząc kroki czerwonym śladem. Ciri podniosła się na czworaki i zwymiotowała gwałtownie. Po chwili wstała, zatoczyła się, podeszła do jednorożca, ale Konik nie pozwolił się dotknąć. Odbiegł, po czym przewrócił się na piach i wytarzał. A potem wyczyścił róg, kilkakrotnie dźgając nim w piasek.. - Mam. Zbyt duży, by spokojnie słuchać drwiących z niej idiotów. Czy ty myślałeś kiedyś o własnej śmierci, Codringher? Adwokat zakasłał ciężko, długo patrzył na chustkę, którą zasłaniał usta. Potem podniósł oczy. - Owszem - powiedział cicho. - Myślałem. I to intensywnie. Ale nic ci do moich myśli, wiedźminie. Pojedziesz do Anchor? - Pojadę..